Lubie zimę, a w szczególności grudzień. Urodziny, Mikołajki, Święta, Sylwester. W zasadzie wszystkie fajne wydarzenia w ostatnim miesiącu roku. I jak nadchodzi styczeń, to znów zaczyna się odliczanie do kolejnych świąt, mimo, że choinka nadal stoi ubrana (i będzie tak stać do marca/kwietnia - bo bardzo sobie Boże Narodzenie umiłowaliśmy).
Skończyłam czytać dziś w nocy Cień Wiatru Zafona - momentami naprawdę wpadający w halloweenowy klimat. Jestem pod ogromnym wrażeniem zdolności autora w kategorii stopniowania napięcia - książka zaczyna się tajemnicą, ale taką delikatną, dziecięcą. A kończy na uderzeniem obuchem w łeb. Jest komedią Fermina, romansem Bei, morderstwem Penelopy, tajemnicą Juliana i tragedią faszystowskiej Hiszpanii. Tak naprawdę nie ma w niej odpowiedzi na to czy zło powinno zostać ukarane, bo istnieją różne odcienie zła i różne odcienie mroku. W zasadzie mogłabym napisać pewnie esej o tym dlaczego podobała mi się ta książka, choć należy do mojej - no może nie znienawidzonej - ale do listy do której podchodzę z ogromną rezerwą - a mianowicie do listy bestsellerów. Doświadczenie uczy, że to co podoba się gawiedzi jest miałkie i ckliwe, albo brutalne albo dziko przeintelektualizowane.
Koniec mojej literackiej i Zafonofilskiej podniety.
Czas spać. Albo czytać o neoklasycyzmie.